John O’Sullivan, „Europa Środkowa, konserwatyzm i Brexit”

Email Drukuj PDF

Wystąpienie przygotowane na konferencję Kryzys Unii Europejskiej i odpowiedź Europy Środkowej. Szanse na lepsze rozwiązania i uniknięcie zagrożeń, zorganizowaną przez Ośrodek Myśli Politycznej, Regionalny Ośrodek Debaty Międzynarodowej w Krakowie i Danube Institute z Budapesztu (Kraków, 12 grudnia 2016)

Panie Przewodniczący, Szanowni Uczeni, Panie i Panowie,

dziękujemy za zaproszenie i życzliwe przyjęcie na tej konferencji. Moi koledzy z Danube Institute, zwłaszcza jego dyrektor Gerald Frost, który zasiada tutaj ze mną w panelu, są radzi, że mogą być współgospodarzami tej konferencji, jak i też z opublikowania w języku polskim, naszej książki na temat Viktora Orbana i współczesnego orbanizmu. Gerald i ja mamy nadzieję, że będziemy kontynuować naszą współpracę w trakcie przyszłych konferencji i będziemy wzajemnie publikować nasze teksty. Dzisiejszy świat staje się coraz mniejszy nie tylko ze względu na szybki i uniwersalny system komunikacji. Europa Środkowa wydaje się także coraz mniej rozległa. Ludzie o podobnych poglądach i dobrych intencjach powinni współpracować intensywniej, i to nie tylko dlatego, że ludzie o podobnych poglądach a złej woli, od Władimira Putina po dżihadystów z ISIS, z pewnością to robią.

Poproszono mnie o zmierzenie się z wybranymi kwestiami, które charakteryzują dylematy konserwatystów w stosunku do Unii Europejskiej. Unii, która intencjonalnie zmierza w kierunku większej jednolitości. „Więcej Europy” – można tak opisać zobowiązania traktatowe i inne rozwiązania regulacyjne oraz ukierunkowujące inwestycje. Większość pytań postawionych w tym panelu – co uważam za bardzo pomocne – dotyczy właśnie konsekwencji tej większej jednolitości dla kwestii moralnych, kulturowych, społeczno-religijnych, historycznych, a nawet seksualnych. Zajmę się tym za chwilę. Warto podejmować te wątki, gdyż szeroka, kompleksowa i konieczna odpowiedź na pytania postawione w tej sesji, jest dokładanie taka sama, jak odpowiedź na pytania dotyczące polityki gospodarczej, społecznej, jak i zagranicznej, którymi zajmowano się w pierwszym panelu dzisiejszej konferencji. 28 krajów członkowskich Europy jest tak różnorodnych społecznie i na tak odmiennych poziomach rozwoju, że właściwą odpowiedzią na prawie wszystkie postawione tu pytania powinno być „Mniej Europy”.

Trzy najpoważniejsze wyzwania stojące teraz przed Europą, są bezpośrednimi konsekwencjami narzucania polityki jednolitości wszystkim 28 państwom członkowskim – okazała się ona jednak nie do utrzymania w starciu z rzeczywistością. Wyzwania te to: kryzys uchodźczy, kryzys euro i Brexit (będący wynikiem odmowy ze strony UE rozważenia opcji przyznania Wielkiej Brytanii prawa odstąpienia od zasady swobodnego przepływu siły roboczej). Postępowanie Europy, zarówno w odniesieniu do euro, jak i kryzysu migracyjnego, pogarsza raczej sytuację, niż ją uzdrawia. Działania budujące zły klimat między różnymi członkami UE – w szczególności widoczne w stosunkach grecko-niemieckich – przeważają nad wszelkimi zyskami płynącymi z zasady jednolitości, która stanowi ich siłę napędową.

Sir Noel Malcolm scharakteryzował kiedyś teorię leżącą u podstaw tej jednolitości, jako ideę zakładającą, że istnieją takie rzeczy jak nadrzędne fińsko-portugalskie interesy obejmujące całą Europę, co uznawał za fantazję. Dlaczego w takim razie nie odejść od jednolitości i nie przywrócić parlamentom krajowym uprawnień brukselskich, pozwalając państwom wybierać różne poziomy integracji? Model ten został wyłożony przez Margaret Thatcher w 1991 r. w trakcie przemowy w Hadze, niedługo po tym, jak przestała być premierem. Powiedziała ona: „Europa coraz bardziej rośnie, zatem tym bardziej wymaga zróżnicowanych form współpracy. Zamiast scentralizowanej biurokracji, modelem powinien być rynek – nie tylko dla osób fizycznych i firm, ale również rynek, na którym graczami są rządy, które konkurują ze sobą o inwestycje zagraniczne, kadry kierownicze i wysokie dochody, poprzez obniżanie podatków i ograniczając regulacje”.

Ten postulowany typ relacji w Europie funkcjonuje pod kilkoma nazwami. Niektórzy mówią o nim jako o „zmiennej geometrii” Europy lub o Europie a la carte. Projekt ten zakłada, że UE będzie odnosić więcej sukcesów i zredukuje liczbę konfliktów, jeśli pozwoli państwom członkowskim wybierać różne poziomy integracji w poszczególnych obszarach unijnych polityk. Zamiast „więcej Europy dla wszystkich”, powinniśmy mieć „więcej Europy dla niektórych, a dla innych mniej Europy”. Myślę, że byłaby to sensowna odpowiedź na trwające kryzysy i recepta dla przyszłej ewolucji UE. Ale Komisja, Parlament, Francja, Benelux i Niemcy, jak dotąd, nie wydają się być skłonne wyrazić na to zgody.

Odsuńmy jednak konstatację Sir Noel’a nieco dalej od ekonomii i zapytajmy, czy może istnieje nadrzędny fińsko-portugalski consensus dotyczący moralnych, historycznych, kulturowych, religijnych i narodowych kwestii w Europie. Wydaje mi się, że można wskazać odpowiedź na to pytanie, i że brzmi ona „Nie”. Wrogość niemieckiego intelektualnego establishmentu wobec koncepcji państwa narodowego nie jest podzielana w całej Europie, a szczególnie w Europie Środkowej. Naleganie francuskiej laickiej elity politycznej na starcie z wizją Polski jako katolickiego narodu oznacza – jak zauważył uszczypliwie Ryszard Legutko w swojej ostatniej książce o liberalnej demokracji – że pełna neutralność państwa wobec religii kończy się w praktyce jej dyskryminacją. Szwedzka opozycja wobec praw rodziców do kształtowania edukacji własnych dzieci, bardzo często popierana przez Parlament Europejski (mimo, że sprawa ta leży poza jego oficjalnymi kompetencjami), rodzi opór w innych państwach. Kraje europejskie nie są także zgodne, nawet w minimalnym stopniu, odnośnie tego, jak radzić sobie ze wzrostem siły Euro-Islamu. Można wymieniać w nieskończoność podobne kwestie sporne, mimo że scentralizowane instytucje europejskie, na ogół, unikają moralnego i kulturowego radykalizmu, lub w najlepszym razie, zajmują stanowiska fałszywej moralnej neutralności.

Tak więc odpowiedź na pierwsze postawione pytanie jest bardzo prosta:

Gdzie według konserwatystów przebiegają granice kompromisu w stosunku do rzeczywistego funkcjonowania UE?

Musimy po prostu przywrócić zdolność europejskich rządów krajowych do wyboru reguł, które mają obowiązywać na ich terytoriach. A to oznacza zmniejszenie siły i zakresu działania centralnych instytucji unijnych. Oczywiście Brexit był ekstremalnym sposobem, aby to robić. W przeciwieństwie do niektórych Brexitowców, ja jednak nie sugeruję, że to kurs właściwy dla innych państw – chyba, że to ich niezależna decyzja. Brexit jest odzwierciedleniem faktu, jak uznawał De Gaulle, że Wielka Brytania miała unikalny zestaw charakterystycznych liberalnych instytucji, rozwiązań handlowych i mitów narodowych, które to sprawiły, że bycie częścią scentralizowanej Unii Europejskiej było dla niej wyjątkowo niewygodne. Dania, Holandia i Portugalia mogą poczuć ten sam pociąg do indywidualizmu we właściwym sobie czasie. Jednak niewiele państw członkowskich UE będzie chciało znaleźć się całkowicie poza Wspólnotą. To, co Polska i inne kraje Europy Środkowej chcą albo – jak myślę – powinny chcieć, to Europa a la carte, opisana powyżej. W związku z tym, celem V4 jest wprowadzenie reform prawno-konstytucyjnych, które uczynią zasadę pomocniczości rzeczywistą i które uniemożliwiają Brukseli, a zwłaszcza europejskiemu systemowi sądowemu, nakładanie nowych regulacji. Ostatecznie chcecie by Europa była systemem opt-in (wyboru spośród dostępnych możliwości), zamiast opt-out (uzyskiwania wyłączeń spod obligatoryjnych rozwiązań). Ale obecnie jesteśmy daleko od tego modelu.

• W jaki sposób możemy być konserwatystami w kulturowych i ideologicznych realiach współczesnych społeczeństw oraz systemów politycznych (które można określić, przykładowo, mianem demokracji medialnej/post-demokracji/pop-demokracji, itp.)?

Nie ma alternatywy dla naszego uczestnictwa w tej rzeczywistości kulturowej i ideologicznej. To nie jest jednak trudne. Jeśli przykładowo, lewica dominuje w teatrze, to powinniśmy nie tylko zlecać, pisać, wystawiać własne sztuki, ale powinniśmy też zająć miejsca krytyków teatralnych – nie tylko w czasopismach i gazetach, ale także być pionierskimi orędownikami debat z tymi, którzy kierują i występują w tych lewicowych przedstawieniach. Co zresztą mogłyby się stać, samo w sobie, atrakcyjną formą sztuki i przyciągać krytycznych widzów do tego naszego konserwatywnego teatru. Roger Scruton pokazał tę drogę poprzez pisanie powieści, dramatów i oper. Co ciekawe, lewica w odpowiedzi ignorowała go, ale kiedy zainteresował młodych widzów, postawa ta się załamała. Lewica musiała zareagować na działania Rogera lub przegrać spór. Konserwatyści są głównymi krytykami dzisiejszego społeczeństwa oraz wielu instytucji społecznych i kulturalnych, które zawodzą lub działają przewrotnie (tj. przeciwnie do założonych celów). Warunki te dają nam wiele sposobności działania. Liberalne intelektualne oligarchie współczesnych państw dojrzały do tego, by stać się obiektem satyry i drwin z naszej strony. Wyłonienie dyrektora teatru narodowego jest więc jedną z najważniejszych decyzji, jakie pozostają w dyspozycji rządu. Musi być to osoba zarówno pomysłowa, błyskotliwa, jak i politycznie odważna – gotowa odpowiedzieć na krytykę liberalnego establishmentu. Powiecie, że nie możemy polegać na instytucjach państwowych – musimy więc stworzyć nasze własne. I powinny one obejmować zarówno nowe media, jak również tradycyjne formy przekazu.

• Czy konserwatyści są skazani na dostosowanie się do programów polityczno-ideologicznych grup społecznych i ich politycznych reprezentantów?

Nie, w najmniejszym stopniu! Zobacz moje wcześniejsze odpowiedzi. W praktyce konserwatywne skrzydło kulturalno-filozoficznego sektora społeczeństwa (to jeden z trzech sektorów społeczeństwa – nazwany i opisany przez Jana Pawła II w Centesimus annus) musi zachować pewną niezależność od swoich politycznych i społecznych sojuszników, w tym Kościoła. Papież Jan Paweł II dawał Kościołowi szeroką przestrzeń dla debaty między wszystkimi frakcjami intelektualnym, w tym z ateistyczną lewicą. Powinniśmy mieć na tyle pewności siebie, aby zrobić to samo. Kiedy omawiamy nową kwestię, uruchamiamy projekt lub instytucję, przyprowadźmy kulturową lewicę do sali, by zademonstrować naszą dojrzałość i pewność siebie. Nie możemy utrzymać zainteresowania naszą wersją nowoczesności, o ile nie wystawimy jej na krytykę.

• Czy współczesny kryzys imigracyjny i niezadowolenie obywateli z polityki uzgodnionej przez rządy większości krajów UE (a nawet obywatelskie nieposłuszeństwo wobec niej), stanowi okazję do wzmocnienia swojej politycznej pozycji przez konserwatystów?

Tak, to ogromna szansa i nie możemy bać się tego przyznać. Nie powinniśmy się krępować i mówmy wprost, że lewicowe ideologie nie są zdolne do rozwiązania kryzysu uchodźczego, ani do obrony społeczeństwa przed kulturalnym atakiem. Idea patriotyzmu jest tutaj kluczem. Patriotyzm jest obecnie najsłabszym punktem w myśli lewicy, jak i tym bastionem konserwatyzmu, który każdy inteligentny orędownik tej ideologii powinien łatwo obronić. Lewica była kiedyś najsilniejszym zwolennikiem wspólnoty; Teraz zaprzecza jej istnieniu na poziomie narodowym lub też kwestionuje społeczny szacunek wobec niej. (Wiarygodność i bezmyślny charakter lewicowej bohemy stanowią kolejne dobre tematy dla konserwatywnej wyobraźni). Polityczny spektakl, w którym lewicowe partie gimnastykują się w celu obrony stanowiska „witajcie” wobec imigrantów, stanowi najbardziej znaczący przykład tej farsy. Jednocześnie konserwatywna obrona patriotyzmu musi zawierać moralnie godne rozwiązania wobec uchodźców, które wyróżniają ich spośród innych grup ludności napływającej do Europy.

Czy konserwatyści mogą przedstawić alternatywny program polityczny, który pozostawałby konserwatywny, mimo oddziaływania silnej tendencji wzajemnego naśladownictwa różnych nurtów politycznych?

Tak. Oczywiście wymaga to ciężkiej pracy. Musimy przyłożyć wagę do merytorycznych argumentów, by przekonać wyborców wątpiących w zalety tych, współcześnie najbardziej kontrowersyjnych, rozwiązań w ramach oferty politycznej – ale musimy to zrobić długo przed wyborami. Pani Thatcher wykonała podobną pracę w okresie między rokiem 1975, kiedy została liderem partii a wygraną w wyborach w 1979 r. Jest takie stare amerykańskie powiedzenie dobrze oddające istotę tej sytuacji: „Nie można tuczyć świń w dzień targu”. Gdy podejmujemy decyzje o tym, jakie kwestie podkreślać w naszym programie, musimy również wziąć pod uwagę strukturę systemów politycznych i wyborczych, aby wyróżnić się naszym myśleniem i kampanią. Pokusa, aby przesunąć się w kierunku pozbawionej zasad „ziemi środka” jest najsilniejsza, gdy tylko dwie partie mają znaczenie w systemie. Politycy chcący realizować swoje pryncypia muszą bardzo starannie planować stworzenie atrakcyjnej mieszanki programowej, która da im głosy większości wyborców w systemie dwupartyjnym. Natomiast w systemach reprezentacji proporcjonalnej, konserwatywny głos jest zmaksymalizowany poprzez możliwość poparcia jednej z kilku partii mających w ofercie wybrane aspekty konserwatywnej ideologii – tej, która po wyborach będzie negocjowała formowanie nowego rządu i jego programu.

•  Czy konserwatyści powinni się skoncentrować na pewnych tematach, jak państwo, kultura czy gospodarka, które są istotne z konserwatywnego punktu widzenia świata i jednocześnie dają szansę na odniesienie sukcesu?

To wydaje się sensowne założenie. Polityka jest jednak znacznie bardziej praktyczną aktywnością, niż działania czysto intelektualne. A to pytanie jest w swej istocie praktyczne. Tak więc odpowiedź na nie będzie się różnić w odniesieniu do każdej konkretnej sytuacji i będzie zależna od specyficznych krajowych okoliczności.

• Czy odmienna historia oraz współczesne polityczne i społeczne realia są odpowiedzialne za inne rozumienie konserwatyzmu w krajach środkowoeuropejskich, takich jak Polska i Węgry, i w społeczeństwach anglosaskich?

Ogólnie rzecz biorąc, tak. Jednym ze sposobów patrzenia na konserwatyzm jest przekonanie, że to państwo powinno odpowiadać społeczeństwu, a nie społeczeństwo powinno być dostosowywane do państwa. Oznacza to, że musimy się adaptować do „głębokich” wzorców kulturowych konkretnego narodu, w szczególności do – jak Emmanuel Todd odkrył i jak James C. Bennett i Michael Lotus zaaplikowali do opisu krajów anglosaskich i Europy kontynentalnej – stałego wpływu odmiennych struktur rodzinnych.

Zatem, jak Bennett i Lotus wskazywali, powołując się na Todd’a, w Europie istnieją cztery typy struktur rodzinnych i bazowej kultury społecznej:

Pierwszym jest autorytarny system rodzinny Europy Środkowej („AF”), a w szczególności Niemiec, w którym rodziny mieszkały w dużych, rozbudowanych wspólnotach pod panowaniem patriarchy – ojca lub najstarszego brata. Dziedziczenie był nierówne, najstarszy męski potomek otrzymywał całą ziemię, podczas gdy młodsi bracia mogli zatrudnić się jako jego pracownicy i byli zobowiązani do posłuszeństwa patriarsze, co dawało im w zamian możliwość życia w gospodarstwie. Mogli też pójść w świat, z nadzieją na uzyskanie ziemi i zostanie patriarchą nowej rodziny. Podczas industrializacji, jak to miało miejsce w Niemczech w czasach Bismarcka, to państwo wzięło na siebie rolę patriarchy, wymagając posłuszeństwa i w zamian dostarczając obywatelom korzyści.

Po drugie, w centralnej Francji, wyrosła egalitarna Rodzina Nuklearna ( „ELF”), w której wszystkie dzieci płci męskiej cieszyły się równym prawem udziału w ziemi. Oczekiwano jednak, że opuszczą dom i zaczną tworzyć swoje nowe rodziny nuklearne, gdy tylko uzyskają swój własny grunt. Państwo francuskie, w czasie industrializacji, zapewniało egalitarność równego, uczciwego startu – wprowadziło jednolity system edukacji, z identycznym programem nauczania dla każdego dziecka. Był to system merytokratyczny, dążący do wprowadzenia rozbudowanej cywilnej biurokracji, równocześnie akceptujący nierówne wyniki młodzieży kończącej edukacje i przystępującej do egzaminów do służby cywilnej.

Anglia i kilka miejsc na kontynencie, to z kolei przykłady osobliwej Absolutnej Rodziny Nuklearnej („ANF”). W ANF większość ludzi żyła w rodzinach nuklearnych, a ziemia była dziedziczona wyłącznie według widzimisię rodziców. Każde dziecko mogło zostać wywłaszczone. Każdemu dziecku należało się jednak wykształcenie lub szkolenie w fachu, albo w handlu, a kobiety otrzymywały posag. Dzieci po osiągnięciu dorosłości były całkowicie wolne, mogły robić co chciały, jednak bez pomocy rodziców – ale w zamian nie miały obowiązku wspierania ich, rodzeństwa, lub kogokolwiek innego. W przeciwieństwie do innych systemów rodzinnych, ruch ludności do miast, który miał miejsce w trakcie rewolucji przemysłowej, był obciążony relatywnie mniejszą traumą. W ANF, nie zaistniało realne przeniesienie emocjonalnej lojalności lub oczekiwań z rodziny w stronę państwa. Z oczywistych względów, osadnicy w Ameryce Północnej przenieśli ANF do Stanów Zjednoczonych. Angloamerykańska ANF wydawała się członkom innych kultur formą wręcz anarchistyczną. Hegel skomentował ten model dosadnie, uznając, że „w Ameryce państwo ledwo istnieje”.

Czwarty rodzaj kultury funkcjonuje głównie w Azji i nie musimy się nim tutaj zajmować.

Bennett i Lotus twierdzą, że analiza systemów rodzinnych wyjaśnia niektóre zawiłości polityki Europy Środkowej i Wschodniej. Ale ja nie zamierzam podążać za tą myślą; nie wydaje mi się sensowne opowiadać Wam o tym, jak wasze rodziny są zorganizowane i jak to określa, czy przynajmniej wpływa na wasze polityczne postawy i lojalności. Ale będę uwzględniać wpływ odmiennych struktur rodzinnych na politykę. To wiele wyjaśnia, między innymi, dlaczego Jugosławia się rozpadła, z jakiej przyczyny Francuzi postrzegają anglosaskie zasady dziedziczenia jako pozbawione emocji i niesprawiedliwe – gdyż spadkobiercy pozbawieni są tego, co francuskie prawo określa jako należne świadczenie. Dlaczego prawie wszyscy postrzegają Anglików jako zimnych, mechanicznych, wyrachowanych, a nawet pozbawionych honoru. Dlaczego podejmowanie ryzyka jest traktowane w Anglo-Ameryce jako godne podziwu, a nie jako lekkomyślne. Ponadto, dlaczego szacunek dla państwa jest wyższy w krajach o bardziej patriarchalnych rodzinach, zarówno w Niemczech jak i we Francji (rzecz jasna, w państwach w różnym stopniu patriarchalnych) lub dlaczego amerykańskie korporacje są zaskoczone tym, że zasady zarządzania, które działają w Detroit nie funkcjonują w Danii. I wreszcie, dlaczego wskazane przez Hayeka odmienności między różnymi formami liberalizmu – francuskim konstruktywistycznym, liberalizmem bezpośrednim oraz ewolucyjnym, adaptacyjnym liberalizmem angloamerykańskim – są ważne i mają walor wyjaśniający. Warto zauważyć, że gdy słowo „liberalizm” zastąpimy w ostatnim zadaniu słowem „konserwatyzm”, nie nastąpi istotna utrata jego znaczenia. Kontynentalny liberalizm jest bardziej etatystyczny niż angloamerykański, ale oba reagują w sposób konserwatywny na zmiany głębokich struktur społecznych. I jako że współcześnie następuje poprawa komunikacji i kultury wzajemnie się przenikają, możemy się spodziewać, że te różnice między kontynentem a Anglo-Ameryką zmaleją, ale też nigdy nie znikną.

Czy nadal otwarta pozostaje kwestia traktowania gruntownej („rewolucyjnej”) zmiany struktur państwowych w krajach postkomunistycznych, jako niezgodnej z konserwatywnymi zasadami? Co anglosascy konserwatyści myślą o tej sprzeczności? Czy jest to konflikt prawdziwy, czy też pozorny?

Jest to bez wątpienia istotne pytanie. Myślę, że odpowiedź na nie jest następująca – zmiana świadomości społecznej, która zachodzi powoli w konsekwencji zetknięcia z nowymi ideami, nowymi doświadczeniami, nowymi możliwościami, nowymi perspektywami zysku (mówiąc dosadnie), może być bardziej trwała niż zmiana, która jest narzucona siłą lub państwowym przymusem. „Człowiek Sowiecki” nigdy nie zaistniał; odgórne kulturowe przeobrażenie Turcji, dokonane rękami Kemala Ataturka, okazało się bezbronne wobec faktu, że 98 procent Turków pozostało muzułmanami. To „ataturkowskie przebranie” znajduje się teraz na krawędzi i będzie całkowicie przekształcone w swoje przeciwieństwo. Powolna wymiana kulturalna, sprzeciwiająca się narzuconym wzorcom, zachodzi nawet w podziemiu, w trakcie chwilowo wrogich rządów. „Marsz piechoty” narzuconych zmian gospodarczych także nie był trwały. Dawał siłę roboczą, która mówiła: „udają, że nam płacą, a my udajemy że pracujemy”.

Społeczny sprzeciw jest czasami konsekwencją następującej zależności: Węgry pod rządami Kadara cieszyły się zmianą kulturową dającą nieco większą wolność rynkową i swobodę przedsiębiorczości niż istniejące w Polsce – tak, że w 1989 roku wydawało się, że znajdują się one w lepszej sytuacji. Jak wiemy jednak, Polska przeszła terapię szokową i wyprzedziła Węgry zwłaszcza w ostatnich latach. Co nam to mówi o zmianie kulturowej w zestawieniu z wstrząsem gospodarczym? Jest to złożona kwestia i chciałbym tu docenić wkład naszych węgierskich przyjaciół w jej wyjaśnianie. Jednak powinniśmy zacząć od uznania, że „terapia szokowa” jest sama w sobie formą zmian kulturowych, a nie przymusu państwowego; nie opiera się ona ani na planowaniu, ani na kierowaniu siłą roboczej, ale na stosowaniu zachęt i bodźców zniechęcających. Jest ona inną formą, lub etapem, zmian kulturowych niż reformy rynkowe Kadara, ale nie jest przymusem.

Tak więc, na kadarowskich Węgrzech nie dostosowywano zmian do realnej sytuacji (jak to zrobili Polacy), ale do rzeczywistości ograniczonej i zmodyfikowanej iluzją, że lepsze życie mogłoby być sfinansowane przez kredyty zagraniczne - jeśli nie na czas nieokreślony, to przynajmniej w długim okresie. Dlatego też Węgrzy byli mniej skłonni do podejmowania bolesnych zmian w organizacji pracy i stopniowo stali się relatywnie mniej wydajni i efektywni. Polacy, z drugiej strony, dostosowali się do rzeczywistości, widząc, że lepsze życie może być osiągnięte tylko przez cięższą pracę, ograniczenie inflacji i zadbanie o wyższą wydajność. Terapia szokowa była surową nauką, ale w konsekwencji przystosowanie się do zmiany sytuacji było odpowiednio szybsze i bardziej dokładne.

Terapia szokowa daje także inne lekcje: pokazuje, że potrzeba przyciągnięcia zagranicznych inwestycji kształtuje postawy społeczne sprzyjające dobrobytowi; że bezpośrednie inwestycje zagraniczne (FDI) przynoszą ze sobą dyscyplinę gospodarczą i metody zarządzania, poprawiające bezpośrednio produktywność; i że pożyczki rządowe, nawet gdy dobrze zarządzane, są mniej skuteczne we wspieraniu koniecznych i gwałtownych zmian, niż FDI ­– a charakteryzuje je wyższe prawdopodobieństwo tego, że będą chronić gospodarcze status quo. Kończąc, można argumentować, że zarówno Węgry jak i Polska, po 1989 roku reagowały zarówno na sygnały ekonomiczne i kulturowe, co jednak nie dotyczyło bodźców skierowanych w różnych kierunkach i oferujących odmienne zachęty. Poszczególne działania tych dwóch gospodarek są zatem pouczające i tym samym przydatne do analiz transformacji.

• Jaka jest waga, z punktu widzenia europejskich kręgów konserwatywnych, stosunków transatlantyckich, przy uwzględnieniu współczesnej sytuacji w Europie i Stanach Zjednoczonych?

Istnieją dwa powody, dla których dobre stosunki transatlantyckie są ważne dla europejskich konserwatystów. Pierwszy z nich, to oczywiście bezpieczeństwo, zwłaszcza w dobie Trumpa i Putina. Dla Europy Środkowej, oznacza to nie tylko wspieranie NATO w najbardziej praktyczny sposób – przez większe wydatki na obronę (jak robi Polska, ale niewiele innych państw), ale również przez kształtowanie europejskich polityk gospodarczych i innych, tak by uniknąć poważnych sporów ze Stanami Zjednoczonymi. To naprawdę jest tak proste, jak w rymowance Hilaire Belloc’a: So always keep a hold of nurse/For fear of finding something worse („lepsze niedoskonałe a znane/niż znalezienie czegoś, co może być jeszcze gorsze”).

Drugim powodem jest korzystanie z amerykańskich doświadczeń politycznych, powinniśmy też wymieniać się doświadczeniami z innymi państwami europejskimi. Jesteśmy jedną cywilizacja. Nawet mimo tego, że dzielą nas granice oraz szeroki ocean i różnimy się wzorcami kulturowymi zbadanymi przez Todd’a, Bennett’a i Lotus’a, rozumiemy się nawzajem na tyle dobrze, by móc wyciągać wnioski z naszych sukcesów i porażek. Ameryka jest szczególnie bogata w doświadczenia, co wynika z jej federalnego systemu rządów, a co daje poszczególnym stanom możliwość testowania nowych rozwiązań. Ponadto „demokratyczna” atmosfera amerykańskiego życia publicznego sprawia, że szeroki zakres politycznych rozwiązań i koncepcji moralnych poddany jest uniwersyteckiej analizie i recenzji niezależnych ośrodków badawczych. Konserwatyści z Europy, którzy odwiedzają USA, zachwycają się tym, że konserwatywne argumenty, które nigdy nie są rozpatrywane przez europejską socjaldemokratyczną biurokrację, kształtują prywatne działania i rządowe polityki, w niektórych stanach i miastach. Mogę tu wskazać bardzo różne przykłady, takie jak nauczanie domowe, kontrolę dostępu do broni czy reformę systemu pomocy społecznej bazującą na pracach publicznych.

W praktyce jednak, współcześnie powinniśmy wyjść poza Amerykę – zwłaszcza, że to inne państwa wydają się znajdować za nas rozwiązania problemów technicznych lub finansowych. Zarówno Chile, jak i Singapur przyjęły (dwa różne) systemy emerytalne bazujące na odprowadzanych prywatnie składkach. Modele te wydają się rozwiązywać jeden z najgroźniejszych problemów stojących przed europejskimi rządami, a mianowicie kwestię państwowych zobowiązań do finansowania emerytur. Kiedy patrzymy na cały świat, jakieś formy konserwatyzmu stanowią element rozwoju dużej jego części. Nie jest to argument skłaniający do optymizmu, ale zawierający silną nutę nadziei.

 

Przekład Kinga Wojtas