Dimitri K. Simes, Pratik Chougule, Paul J. Saunders („The National Interest”): Korekta kursu

Email Drukuj PDF

Ktokolwiek wygra wybory prezydenckie znajdzie się w trudnym położeniu. Jeśli administracja będzie miała opracowany cel i plan jego osiągnięcia USA mogą utrzymać pozycję światowego lidera. W innym przypadku sytuacja w Europie, Azji i Bliskim wschodzie może się pogorszyć, a siły w geopolityce mogą się wyrównać. Kataklizm nuklearny niemożliwy w latach 80., teraz ponownie jest rozważany. Tak swoją analizę rozpoczęło trzech publicystów związanych z portalem nationalinterest.org, Dimitri K. Simes, Pratik Chougule, oraz Paul J. Saunders w swoim tekście Course Correction.

Kolejna administracja będzie musiała trzeźwo ocenić obecną sytuację międzynarodową, definiując najważniejsze interesy oraz określając ich hierarchię. Szczególne znaczenie będzie miała ocena obecnych sojuszy, w celu określenia ich przydatności, a także stosunek do wzrastających potęg Chin i Rosji.

Jak na razie kandydaci przedstawili dwa przeciwstawne stanowiska. Hillary Clinton pokazała doświadczenie, lecz nie chce podważać konwencjonalnych rozwiązań. Donald Trump wykazuje więcej odwagi w tej kwestii, lecz nie określa jak swoje pomysły chce wcielić w życie. Jednakże to on w opinii autorów nie jest w stanie zredefiniować roli, celów oraz sposobów ich osiągania w polityce zagranicznej USA. Szczera analiza polityki USA natomiast rozpocząć powinna się od dostrzeżenia, iż Stany odpowiedzialne są za pogorszenie sytuacji  obecnych konfliktach.

Autorzy zaznaczają, iż trudno jest winić USA za sytuację w świecie arabskim, Azji, czy gdziekolwiek indziej, lecz należy zaznaczyć, iż ich interwencje przyczyniły się do wzrostu ekstremizmu. To Stany Zjednoczone są odpowiedzialne za wzrost znaczenia Talibów, którzy walczyli ówcześnie z Związkiem Radziecki. Kolejne administracje nie próbowały zmienić tej sytuacji, nawet przy propozycjach współpracy z strony Rosji. Dopiero George W. Bush postanowił współdziałać z Moskwą, a także wkroczyć do Afganistanu.

Podobnie ma się sytuacja w Iraku, pomimo tego, iż Saddam Hussein był zbrodniarzem, to nie zagrażał bezpośrednio USA. Interwencja, a następnie pozostawienie rządu bez wsparcia doprowadziło do destabilizacji i konfliktu wewnętrznego. Analogicznie okoliczności zaistniały w Syrii, Tunezji, czy Libii, które po obaleniu rządów stały się zapleczem terrorystów.

Amerykańska polityka w Europie także doprowadziła do wielu porażek. Oczywiście USA nie ponosi odpowiedzialności za działania Rosji dążące do odbudowy swojego statusu, lecz taka polityka była do przewidzenia. Ponadto możliwe było uniknięcie sytuacji w Gruzji i na Ukrainie, poprzez pomoc  w likwidacji wewnętrznych podziałów. Skomplikowaną sytuację w Europie wzmacnia fakt, iż rosyjscy przywódcy uważają interesy Rosji za niezabezpieczone, czy wręcz zagrożone.

W przeszłości również podejmowano działania alarmujące Rosję. Szczególnie trudna do zaakceptowania dla niej, była ekspansja NATO  i włączenie Łotwy oraz Estonii, czyli de facto przeniesienie granic sojuszu na przedmieścia Petersburga. Działania NATO w tym regionie doprowadziły do wzmocnienia nastrojów nacjonalistycznych. Nawet dziś, gdy ludność Łotwy i Estonii to w 25% Rosjanie, część to trzecie pokolenie, są oni traktowani jako obywatele drugiej kategorii, bez wpływu na losy kraju.

Demografia natomiast kreuje rzeczywistość polityczną, jak słusznie zauważają publicyści, w postaci antyrosyjsko nastawionych rządów. Wsparcie jakie okazuje im NATO oraz włączenie owych państw do polityki bezpieczeństwa utwierdza tylko w Moskwie przekonanie o skierowaniu sojuszu przeciwko niej. Nawet jeśli Stany szczerze chciały zagwarantować bezpieczeństwo w regionie, to myśl, iż nie spotka się to z kontrakcją Rosji, przy próbach wciągnięcia Gruzji i Ukrainy w strefę wpływów, była co najmniej nierozsądna.

Autorzy tekstu zwracają uwagę, jak niewiele osób pamięta, że to Władimir Putin próbował z Rosji uczynić centrum zjednoczonej Europy, która miała sprzeciwiać się USA. Obecnie politycy rosyjscy analizując taktykę USA w Europie i dozbrajanie tego regionu, szukają nowych sojuszników mogących stanowić przeciwwagę dla takich działań . Sytuacja ta jeszcze bardziej się skomplikowała w obliczu konfliktu pomiędzy dyplomacją USA i Rosji dotyczącego wojny w Syrii. Widoczne jest to w podejściu Rosji do kwestii sankcji zagranicznych. Początkowa traktowano je jako część rzeczywistości po aneksji Krymu. Jednakże w ostatnim czasie Siergiej Ławrow, stwierdził iż póki sankcje są nałożone, Rosja nie będzie wspierała działań USA tam, gdzie Stany mogą odnieść korzyści.

Napięcia na linii USA-Rosja są szczególnie niepokojące, gdy spojrzymy w szerszej perspektywie, czyli w kontekście rywalizacji z Chinami. W przeciwieństwie do Rosji, są one w każdym względzie supermocarstwem, a USA nie miały żadnego wpływu na wzrost ich roli w regionie Pacyfiku. Jednakże to, według publicystów, nie usprawiedliwia Stanów z ciągłym porażek i braku opracowanego długoterminowego planu w podejściu do Chińskiego wyzwania.

W pogorszeniu się stosunków USA-Chiny, w ich opinii, dużą rolę odegrała sekretarz stanu Hillary Clinton. Pomimo obietnic niedemonizowania Chin, nie mogła się ona powstrzymać od używania tego typu retoryki. Jak zauważają wyglądało to jednak jak polityczne pozerstwo, a nie chęć rzeczywistej zmiany w Chinach. Dodatkowo polityka prezydenta Obamy, polegająca na próbach osłabienia gospodarczej roli Chin w regionie, a także wzmocnieniu militarnym USA, odbierana jest w Pekinie jako zagrożenie.

Niepotrzebne prowokowanie Chin stało się normą, według publicystów nationalinterest.com, w dyplomacji USA. Jako przykład takiego działania podawana jest zachęta prezydenta Obamy, by Filipiny wystąpiły na drodze prawnej przeciwko Chinom w sporze na Morzu Południowochińskim. Przy czym Chiny na wstępie zapowiedziały brak respektowania rozstrzygnięć arbitrażowych, dodatkowo żadne z państw Rady Bezpieczeństwa ONZ nie przestrzegały wyroków im szkodzących. Takie akcje mogą zostać odebrane jako słabość USA, które nie mogą niczego na Chinach wymusić.

Prowokowanie mocarstw może mieć dla Stanów katastrofalne skutki w wymiarze polityki globalnej. Jeśli terroryzm można uznać za najpoważniejsze bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa USA, to sojusz Chiny-Rosja jest najpoważniejszym problemem długofalowym w kwestii globalnego przywództwa. Pomimo wielu różnic pomiędzy Moskwą, a Pekinem, istnieje przekonanie, że polityka Stanów oraz ich wsparcie dla sojuszników dąży do osłabienia statusu owych państw. Współdziałanie Rosji i Chin przeciwko USA może odbywać się nawet bez okazywania jawnej wrogości, czy oficjalnego sojuszu. Współcześnie realizowany transfer nowoczesnej broni, wspólne manewry wojskowe, koordynacja stanowiska w Radzie Bezpieczeństwa, mogą stanowić tylko początek dalszych działań.

Niekorzystna dynamika w Europie i Azji wskazuje na największą wadę strategii USA, mianowicie brak krytycznego spojrzenia na obecne zobowiązania sojusznicze oraz sytuację międzynarodową. Owszem sojusze są fundamentem światowego przywództwa Stanów Zjednoczonych, lecz nie są one świętością i powinny być regularnie omawiane pod kątem przydatności dla interesów USA.

NATO powstało po zakończeniu II wojny światowej jako odpowiedź na zagrożenie z strony ZSRR. Takie działanie było w ówczesnej sytuacji w pełni usprawiedliwione. Obecne poczynania Rosji w regionie byłego Związku Radzieckiego są niepokojące, lecz nie zagrażają żywotnym interesom Stanów Zjednoczonych. Sensowna zmiana taktyki wobec tego problemu uczyniłaby Stany jak i ich sojuszników bezpieczniejszymi.

Tymczasem aktualne sojusze przysparzają często Stanom więcej problemów, niż korzyści. Meksyk nie poniósł odpowiedzialności za brak współpracy przy ograniczeniu nielegalnej imigracji. Podobnie jak Arabia Saudyjska, częściowo odpowiedzialna za zamachy terrorystyczne. Pierwszym krokiem nowej administracji powinien być przegląd sojuszy pod kątem ich wartości dla zapewnienia bezpieczeństwa i światowego przywództwa. Ponadto Waszyngton musi realnie ocenić jak zmiany w bezpieczeństwie międzynarodowym wpłyną na sytuację USA i nie wzmacniać wrażenia wycofania i redukcji znaczenia Stanów z czasów prezydentury Obamy.

Jednym z sposobów na osiągnięcie tego celu, który postulują autorzy analizy,  jest jasne określenie warunków sojuszu w ramach NATO. Artykuł piąty NATO owszem mówi o reakcji jeśli jedno z państw zostanie zaatakowane, włączając w to użycie siły. Jednakże nie powinien on stanowić przyczyny do prowokacyjnych zachowań, o czym muszą wiedzieć państwa związane sojuszem z USA. Szczególną uwagę publicyści zwracają na państwa graniczne, gdyż interwencja w  ich obronie mogłaby doprowadzić do taktycznych uderzeń nuklearnych. Podobnie Stany powinny same przestrzegać się przed tego typu prowokacjami.

Skomplikowana sytuacja pomiędzy USA, a Chinami, czy Rosją będzie stałym elementem uwarunkowań międzynarodowych przez kolejnych kilka lat. Dlatego też nowa administracja powinna zastanowić się nad długoterminową taktyką oraz nad tym, czy w latach poprzednich Stany nie ponosiły niepotrzebnych kosztów broniąc interesów, które nie były kluczowe. Autorzy nie wykluczają argumentu siły w grze międzynarodowej, gdyż nadal przewaga militarna stanowi jedną z podstaw amerykańskiej dyplomacji. Jednakże przed jej użyciem należy sprawdzić jakie będą tego koszty i czy bardziej opłacalnym nie będzie nałożenie np. sankcji gospodarczych.

Jeśli kolejny prezydent zdecyduje się na nową strategię w polityce zagranicznej, to powinien się on spodziewać oporu z strony establishmentu zakorzenionego w jej tradycyjnym rozumieniu. Za niepowodzenia od Iraku do Libii odpowiedzialne są obie partie, lecz każda z nich broni tylko swoich osiągnięć. Podobnie w obu partiach istnieje przekonanie o wyjątkowości Stanów, która pozwala im na interwencję w innych państwach, co miałoby być gwarancją sukcesu. Należy zwrócić przy tym uwagę na rolę Senatu i Izby Reprezentantów, które akceptowały dotychczasową, szkodliwą, politykę, zapominając o swojej roli kontrolowania władzy wykonawczej.

Ameryka nie może już liczyć na luksus popełniania błędów w polityce międzynarodowej i liczenia, że wszystko potem się ułoży. Obecna sytuacja jest zbyt skomplikowana, w blokach państw sprzymierzonych istnieje za duże rozluźnienie, a potęga Stanów nie jest już tak wielka, by pozwolić sobie na niskie koszty pomyłek. Jednakże dzięki zdecydowanemu kierownictwu, przy aktywnej roli Kongresu oraz mediów, USA mogą wrócić na drogę zrównoważonego rozwoju, zakładającą korekty w polityce zewnętrznej. Pragnąc to osiągnąć nowy prezydent musi wybrać osoby, które będą mogły odpowiadać za odpowiedzialnie prowadzoną dyplomację.

Podsumowując, autorzy stwierdzają, że wyzwania stojące przed USA są ciężkie do pokonania. Na szczęście kampania prezydencka pokazała, iż wyborcy są sfrustrowania dotychczasową polityką zagraniczną. Dlatego też nowy prezydent zdeterminowany do rezygnacji z postzimnowojennej polityki ma realną szansę na nowy początek.

Opracował: Adrian Matuła

 

Źródło: http://nationalinterest.org/feature/course-correction-18062