Owen Matthews (The Spectator): Jak Putin przechytrzył Zachód w sprawie Syrii

Email Drukuj PDF

„Zarówno w sprawie Iraku jak i Libii to właśnie Rosja, a nie Stany Zjednoczone i Wielka Brytania miały rację. Putin od dawna ostrzega, że zmiana reżimu na Bliskim Wschodzie nie przyczynia się do poprawy sytuacji w kraju” – czytamy we wstępie artykułu Owena Matthewsa, długoletniego redaktora „Newsweeka” w Stambule i Moskwie.

Jak pisze autor, po ponad dekadzie karcenia Zachodu za prowadzenie operacji wojskowych nielegitymujących się poparciem ONZ-u, Putin zignorował własne słowa i pozwolił sobie na własnoręczne zaangażowanie w to bagno, jakim jest konflikt w Syrii. Stanowczością swych działań sprawił, że zarówno Obama jak i Cameron wydali się słabi i zagubieni. Powstaje jednak pytanie – w jaki sposób zdołał przedstawić i utrzymać wizerunek tej interwencji jako dyplomatycznego sukcesu?

Zdaniem Matthewsa, podczas ostatniego posiedzenia ZO ONZ Putin był bezapelacyjnym zwycięzcą, dostarczając płomienną krytykę zachodniego projektu zaszczepienia idei demokracji na Bliskim Wschodzie. Zdaniem Putina, zachęcenie arabskich zwolenników demokracji do działania jedynie otworzyło puszkę Pandory, przyczyniając się wyłącznie do większego cierpienia, biedy i zapaści społecznej, a państwa uczestniczące w tym projekcie chyba nie do końca zdają sobie sprawę z cierpienia, jakie wywołały. Jak pisze autor artykułu, przyjęcie przez prezydenta Federacji Rosyjskiej postawy wyższości moralnej nad prezydentem Stanów Zjednoczonych oraz fakt, że uszło mu to płazem było wyjątkowym wydarzeniem.

Oczywiste jest, że wsparcie Assada ma też zupełnie inny wymiar. Jak podkreśla autor, Putin jest zwolennikiem stabilności i przewidywalności, przedkładając je nad niebezpieczeństwem rozruchów i niepewności w krajach demokratycznych. Poprzez wsparcie jednego ze swych ostatnich sojuszników Putin mówi stanowcze „nie” buntowi mas przeciwko autorytetowi władzy.

Jak czytamy dalej, zdaniem autora, Putin zawdzięcza swój sukces dyplomatyczno-medialny kilku czynnikom.

Po pierwsze, w przeciwieństwie do krajów Zachodu, Rosja wie dokładnie kto jest jej sojusznikiem.

Po drugie, większość argumenty jej oponentów jest rodem z roku 2001, a po dekadzie nieudanych konfliktów ich wiarygodność jest niemalże żadna.

Po trzecie, wszelkie protesty władz amerykańskich związane z umyślnym bombardowaniem pozycji jej sojuszników, Rosja w uprzejmy acz niesmaczny sposób zbywa, powołując się na „wspólną walkę z terrorystami”.

Podsumowując, autor dochodzi jednak do wniosku, że sam fakt, iż Putin od początku słusznie przestrzegał przed niebezpieczeństwem związanym z zaangażowaniem zewnętrznych sił w konflikty na Bliskim Wschodzie, sprawi, że jego przygoda w Syrii, ostatecznie, będzie miała smutne zakończenie. Tym niemniej, chociaż zaangażowanie Federacji Rosyjskiej w konflikt w Syrii jest minimalne w porównaniu do wielkości przedsięwzięć amerykańskich, jakimi były Afganistan i Irak, to jednak otwiera ono drzwi na interwencję lądową ze strony Iranu, co, zdaniem jednego z brytyjskich dyplomatów, trudno nie nazwać mianem wojny zastępczej.

 

Źródło: http://new.spectator.co.uk/2015/10/how-putin-outwitted-the-west/