Czarny poniedziałek w Chinach - skutki i echa światowe

Email Drukuj PDF

Wydarzenia z początku obecnego tygodnia na chińskiej giełdzie, określane mianem „czarnego poniedziałku”, są szeroko komentowane w zagranicznej prasie. Zasadniczym pytaniem jest, czy w najbliższych latach będziemy mieli do czynienia z nowym kryzysem światowych gospodarek. Nie jest bowiem tajemnicą, że kondycja Chin odciska głębokie piętno na państwach całego świata, w tym także Polski.

„Czarny poniedziałek”

Główny indeks chiński w ostatni poniedziałek spadł aż o 8,5% - najniżej od 2007 roku. Panika szybko ogarnęła inne parkiety – w Nowym Jorku (spadek o 3,5%), Tokio (prawie 5%) czy Warszawę (5,7%). Portal foreignpolicy.com opublikował w związku z tym specjalną mapę, na której widnieją kraje najbardziej dotknięte przez ostatnie tąpnięcie. Kolorem czerwonym oznaczone zostały między innymi Chiny, Rosja, Indie, Arabia Saudyjska, Włochy, Francja, Niemcy, USA, Nigeria, Brazylia, Meksyk czy Kanada. Głównym czynnikiem powodującym tak drastyczne spadki były dane o produkcji w Chinach. Po drugie, istnieją uzasadnione obawy, że banki centralne w obecnej sytuacji nie są w stanie wkroczyć na giełdę, by przerwać negatywne tendencje. Ponadto, warto pamiętać, że „czarny poniedziałek” przyniósł także spadki w sektorze surowcowym – np. cena ropy spadła do 45 dolarów - najniżej od roku 2009.

Środki zaradcze

Ambrose Evans-Pritchard na łamach portalu telegraph.co.uk zajmuje się kwestią reakcji chińskiego rządu na ostatnie wydarzenia. Sądzi, że 100 miliardów dolarów wpompowane do systemu finansowego kraju i cięcia stóp procentowych mogą nie powstrzymać narastającej fali kryzysu. „Warunki płynności są nadal pod ogromną presją”, dodaje Wei Yao z Societe Generale. Ponadto niektóre badania wskazują, że Ludowy Bank Chin wykorzystał już blisko 200 miliardów dolarów od połowy sierpnia. Wedle Yao ta strategia nie będzie mogła zostać utrzymana przez dłuższy czas. Evans-Pritchard przytacza także przykłady między innymi rosnących cen domów, popytu na benzynę, importu tlenku glinu, dopatrując się w nich pozytywnych tendencji, które pomogą Chinom dźwignąć się z obecnej zapaści.

Ale to już było…?

Portal Bloomberg.com porównuje obecną sytuację na światowych rynkach do roku 1994. Wówczas liczne państwa, w tym Chiny, zadecydowały o dewaluacji własnej waluty, która w połączeniu z podwyżkami stóp procentowych przez amerykańską Rezerwę Federalną, doprowadziła do długotrwałego kryzysu państw wschodzących. Wróćmy do spraw bieżących. W sierpniu tego roku Państwo Środka dokonało dewaluacji juana, zaś FED szykuje pierwsze od czasu kryzysu z roku 2008 podniesienie stóp procentowych. Jednak portal przestrzega przed uznawaniem, że przebieg wydarzeń będzie dokładnie taki sam. Zdaniem ekonomisty Glenna Maguire’a z Australia & New Zealand Banking Group Ltd. dewaluacja juana w latach 90. była objawem innych, poważniejszych problemów stojących przed państwami Azji. Po drugie, dziś większość walut tego regionu nie jest bezpośrednio powiązana z dolarem, dlatego ich pole możliwości działania jest większe niż w przeszłości.

To dopiero początek

Innego zdania jest natomiast Elliot Wilson z „The Spectator”. Na łamach portalu tejże gazety zwraca uwagę, że kwota ponad 100 miliardów dolarów wydana przez rząd chiński od połowy czerwca, by przywrócić wiarę w rynek, nie przyniosła oczekiwanych rezultatów. Dziennikarz sugeruje, że ostatnie wydarzenia mają związek ze strukturalnymi wadami chińskiej gospodarki. Liczne przepisy prawne w dużej części nie obowiązują, rozprzestrzeniająca się korupcja, zorientowanie na eksport, wspieranie nieefektywnych przedsiębiorstw państwowych, niepanowanie na emigracją wewnątrzkrajową – z każdym rokiem problemy te nawarstwiają się. Wilson przytacza ciekawą anegdotę, kiedy to podczas jednej z wizyt w Państwie Środka rozmawiał z przedsiębiorcą zajmującym się produkcją maszyn potrzebnych do wytwarzania energii odnawialnej. Jak się okazało, nie była to wyłącznie jego inicjatywa, lecz „lokalne władze partii kazały”.

Fałszywy alarm?

Sceptyczny wobec tezy o upadku chińskiej gospodarki jest Nicholas R. Lardyang, członek Peterson Institute for International Economics. Na łamach portalu nytimes.com przestrzega przed pochopnymi wnioskami wyciąganymi z ostatnich zdarzeń, jego zdaniem popartymi słabymi dowodami. Lardyang powołuje się czynniki takie, jak szybki wzrost płac, dynamiczne tempo tworzenia nierolniczych miejsc pracy, wzrost dochodów i konsumpcji chińskich gospodarstw domowych, by pokazać, że sytuacja jest dalece odmienna od wydarzeń historycznych. Ponadto zwraca uwagę na ewolucję struktury gospodarczej w kierunku usługowym, co powoduje, że zapotrzebowanie na energię, potrzebną przemysłowi, maleje. Dlatego powinniśmy ostatnie wydarzenia interpretować raczej jako „korektę” dokonywaną w ramach wolnego rynku, w którym niepotrzebnie mieszał rząd chiński, niż ogólnoświatowy kryzys.

Kryzys gospodarczy, kryzys polityczny?

Z kolei na portalu the-american-interest.com pojawił się tekst, sugerujący, że ostatnie wydarzenia w Chinach mogą mieć wpływ na legitymizację Komunistycznej Partii Chin do rządzenia. Oczywiście dopóki z roku na rok notuje się większy wzrost gospodarczy, dopóty wszystko pozostaje na swoim miejscu. Kiedy jednak przychodzi kryzys, porządek polityczno-ekonomiczny chwieje się w posadach. Jak ujął rzecz Walter Russel Mead w lipcu bieżącego roku: „Krytyka giełdy zamieni się krytykę przywództwa politycznego, a trzeba powiedzieć, że kierownictwo polityczne nie wykazało dużych umiejętności w pierwszych dniach kryzysu. Premier Li dał się utożsamić z wysiłkami na rzecz stabilizacji sytuacji na giełdzie. Jeżeli się to uda, będzie bohaterem. Ale po ostatnich wydarzeniach, wiele osób w Chinach nie sądzi, że polityka działa”. Ponadto portal wspomina o coraz większym rozczarowaniu urzędników i ekspertów średniego szczebla, który nie wierzą w skuteczność działań podejmowanych przez Li. A zatem zasadne jest pytanie, czy pozostanie na swoim stanowisku do kolejnego zjazdu partii, czyli do roku 2017? A także, czy jest on zdolny do rozwiązania problemów w długofalowej perspektywie? Chińska hossa nie będzie przecież trwać wiecznie…