Nick Turse: niebezpieczeństwo tzw. proxy war

Email Drukuj PDF

Na łamach „The American Conservative” Nick Turse, autor książki Terminator Planet: The First History of Drone Warfare, 2001-2050, poddaje w wątpliwość amerykańskie podejście do kwestii bezpieczeństwa narodowego w ramach tzw. wojen zastępczych (ang. Proxy war), które polega na ograniczaniu zaangażowania się amerykańskich żołnierzy w regionalne konflikty i operacje wojskowe, w zamian zaś oferowaniu wsparcia, szkolenia i finansowania lokalnych struktur wojskowych, które miałyby dbać o bezpieczeństwo. W praktyce takie podejście, zdaniem Turse’a, sprowadza się do założenia, iż im więcej martwych lokalnych mieszkańców, tym mniej martwych Amerykanów.

Od Azji i Afryki po Bliski Wschód i obie Ameryki, administracja Obamy rezygnuje z używania amerykańskiej armii na pełną skalę, kładąc coraz większy nacisk na zastosowanie tzw. dronów oraz przenoszenie odpowiedzialności za bezpieczeństwo i walkę na lokalnych żołnierzy. Jak pisze Turse obecnie pod auspicjami Pentagonu i Departamentu Stanu, amerykańcy żołnierzy i personel wojskowy biorą udział we wspólnych ćwiczeniach i misjach szkoleniowych na całym świecie, mających na celu promowanie sojuszy i budowanie koalicji. W ramach tej ogólnoświatowej strategii USA będą szkolić, wyposażyć i doradzać rodzimym siłom, z zazwyczaj biednych i słabo rozwiniętych narodów, jak prowadzić walkę, której sami Amerykanie nie chcą już prowadzić.

Z drugiej jednak strony obawy Turse’a budzi dotychczasowa pomoc Amerykanów, która jak pokazuje historia często odwracała się na niekorzyść USA. Poza przykładem Wietnamu wymienia on także, nieudane w jego opinii, zaangażowanie się w wojny zastępcze biednych i słabo rozwiniętych krajach w okresie zimnej wojny, m.in. próbę obalenia Fidela Castro, czy też budowę armii Hmong w Laosie, która ostatecznie przegrała z siłami komunistów. Do ostatnich nieudanych tego typu operacji zalicza Turse przypadek Iraku, gdzie w latach 2003-2011 Stany Zjednoczone pompowały dziesiątki miliardów dolarów na „odbudowę” kraju, z czego około 20 mld dolarów przeznaczono na budowę irackich sił bezpieczeństwa. I o ile do 2011 r. walczyły u boku Amerykanów, o tyle obecnie rząd iracki wspiera reżim Assada w Syrii oraz ma coraz bliższe stosunki z Iranem, co stoi w jawnej sprzeczności z amerykańskimi interesami i bezpieczeństwem narodowym.

Przykład Afganistanu pokazuje z kolei, iż koszty takiej pomocy okazują się niewyobrażalnie wysokie. Przez ponad dekadę, USA i ich koalicjanci szkolili afgańskie siły bezpieczeństwa, w nadziei, że będą one w stanie przejąć kontrolę za własne bezpieczeństwo, broniąc tym samym amerykańskich i sojuszniczych interesów. Niemniej pomimo wydatków rzędu blisko 50 mld dolarów Afgańska Armia Narodowa i inne siły bezpieczeństwa nie spełniają pokładanych w nich nadziei, gdyż, jak podaje Turse, obecnie spośród ponad 340 tys. pracowników Afgańskich Narodowych Sił Bezpieczeństwa (ANSF), „jedynie 7% jej jednostek wojskowych i 9% jej jednostek policji jest ocenianych na najwyższym poziomie skuteczności. Natomiast nawet po ponad dekadzie wielkiej zachodniej pomocy, 95% rekrutów jest nadal funkcjonalnymi analfabetami”. W rezultacie w perspektywie długoterminowej koszt, sięgający od 10 do 12 miliardów dolarów rocznie, utrzymania dalece nieefektywnych sił afgańskich jest nie do zaakceptowania.

Biorąc pod uwagę obecne zaangażowanie się administracji Baracka Obamy w tego typu szkolenia, doradztwo i prowadzenie wspólnych ćwiczeń na całym świecie, od Afryki, przez Azję na obu Amerykach skończywszy, Turse uważa, iż należy pamiętać o „niezamierzonych skutkach”, czego na razie nie widać w Waszyngtonie. Przyszłość pokaże, czy dzisiejsi partnerzy okażą się gotowi pracować na rzecz lub przeciwko interesom USA. Jak wszakże pokazuje przykład Wietnamu, Afganistanu i Iraku, szanse na to, iż w tak dużej liczbie niestabilnych regionów świata ktoś zwróci się przeciwko szkolącym i wspierającym go dotychczas Amerykanom, stają się coraz większe.

Źródło: http://www.theamericanconservative.com/articles/tomorrows-blowback-today/