Henry Kissinger o przyszłości stosunków amerykańsko-chińskich

Email Drukuj PDF

W marcowo-kwietniowym wydaniu „Foreign Affairs” opublikowany został artykuł Henry’ego Kissingera, w którym przekonuje on, że ewentualny konflikt między Stanami Zjednoczonymi a Chinami jest kwestią wyboru, a nie koniecznością.

W czasie ostatniego spotkania Hu Jintao i Baracka Obamy 19 stycznia 2011 r. zadeklarowano chęć wzajemnej współpracy i wszechstronnych relacji między oboma krajami, czego następstwem była próba implementacji wspólnych postanowień m.in. poprzez oficjalne i nieoficjalne spotkania urzędników różnego szczebla. Niemniej w tym samym czasie w obu krajach zaczęły pojawiać się głosy, wedle których rywalizacja pomiędzy USA a Chinami jest nie tylko nieunikniona, ale w rzeczywistości ma już miejsce. Zdaniem Kissingera powoduje to, że jakiekolwiek próby lub wezwania do kontynuowania współpracy wydają się obecnie niedzisiejsze, a nawet naiwne. Przyczyn obecnego stanu można doszukiwać się w analizach przeprowadzanych w obu krajach.

I tak amerykańscy stratedzy zakładają, że pomimo zapewnień o współpracy i pokojowych stosunkach, władze w Pekinie skrycie dążą do konfrontacji ze Stanami Zjednoczonymi. Ich zdaniem miałaby ona polegać na realizacji dwóch długoterminowych celów chińskiej polityki zagranicznej: po pierwsze, podkopaniu dotychczasowej pozycji USA w regionie zachodniego Pacyfiku oraz po drugie, skonsolidowaniu Azji w blok mający służyć ekonomicznym i politycznym interesom Chin.

W tej koncepcji, zdaniem Kissingera, nawet jeśli formalnie chińskie możliwości militarne nie mogą równać się ich amerykańskim odpowiednikom, to Chiny i tak zyskują zdolności tworzące niebezpieczeństwo dla USA, dodatkowo potęgowane poprzez rozwijanie zaawansowanych środków, mających skutecznie niwelować amerykańską przewagę w tradycyjnych obszarach. W rezultacie część krajów azjatyckich może, zarówno ze względu na gospodarczą zależność od Pekinu, oraz z powodu niepewności co amerykańskich możliwości reagowania, przeformułować swojej polityczne priorytety, tak aby dopasować je do chińskich preferencji, co w praktyce mogłoby oznaczać powstanie sinocentrycznego bloku, który zdominowałby obszar zachodniego Pacyfiku.

Obawy Amerykanów potęgowane są również przez ideologiczne przeświadczenie o konieczności walki z całym niedemokratycznym światem: autorytarne reżimy są z natury kruche, a przez to odwołują się do nacjonalistycznej retoryki i praktyki, dlatego konflikt na linii Pekin-Waszyngton wynika tylko i wyłącznie ze struktury i form funkcjonowania państwa chińskiego. Tym samym światowego pokoju nie zapewnią wezwania do współpracy i partnerstwa, uczynić to może tylko ogólnoświatowe zwycięstwo ustroju demokratycznego.

Z kolei na chińską stronę oddziałuje odwrotna logika. Jak pisze Kissinger, Chińczycy uważając się za oczywistego następcę USA, postrzegają Stany Zjednoczone jako upadające supermocarstwo, które zagrozi powstaniu każdego, kto będzie mógł rzucić mu wyzwanie. Dlatego wina leży po stronie Waszyngtonu starającego się zminimalizować ich rolę w świecie. W rezultacie jakakolwiek współpraca działa na szkodę Chin, gdyż zakłada nadrzędność amerykańskiego celu neutralizacji ich potencjału oraz ekspansję amerykańskiej kultury i technologii, negatywnie wpływających i ingerujących w wewnętrzną spójność i przestrzeganie tradycyjnych chińskich wartości.

Mając na uwadze nuklearne potencjały obu mocarstw odmienne stanowiska dwóch stron nie są wystarczającym powodem do konfliktu zbrojnego, który doprowadziłby do ofiar i wstrząsów, niedających się usankcjonować żadnym celem politycznym. Tak więc obecni liderzy polityczni nie mogą, zdaniem Kissingera, mieć podobnych złudzeń jak politycy, którzy beztrosko doprowadzili do wybuchu I wojny światowej. Nie będą mogli oni również korzystać z modelów rozwiązań, wypracowanych podczas Zimnej Wojny.

Amerykanie nie mogliby liczyć na gospodarczą zapaść Chin, które, w porównaniu do Związku Radzieckiego, mają o wiele lepiej rozwiniętą gospodarkę, a będąc jednocześnie jednym z najważniejszych graczy na globalnych rynkach finansowych, mają znaczący wpływ na kształt światowej gospodarki i są głównym partnerem handlowym dla swoich sąsiadów oraz większości rozwiniętych gospodarczo państw Zachodu. W razie długotrwałego konfliktu amerykańsko-chińskiego pociągnąłby on za sobą poważne konsekwencje dla całego świata. Z drugiej strony również Chiny nie mogą otwarcie grozić USA. Większość państw regionu należy bowiem do sojuszy militarnych, bądź gospodarczych ze Stanami Zjednoczonymi, a pozostałe kraje szukają zapewnienia ze strony Waszyngtonu o jego politycznej i wojskowej obecności w Azji. Jak podkreśla Kissinger, obecną sytuację w Azji najlepiej oddają słowa indonezyjskiego urzędnika: „nie opuszczajcie nas, ale nie każcie nam wybierać”.

Czynnikiem, który jest jedną z głównych przyczyn tarć pomiędzy Pekinem a Waszyngtonem, jest rozbudowa chińskiego potencjału wojskowego. Niemniej w opinii Kissingera, jest to naturalny proces, kiedy drugie największe światowe mocarstwo stara się przełożyć swój sukces gospodarczy na zwiększenie możliwości militarnych. Co więcej, biorąc pod uwagę sąsiadów graniczących z Chinami tj. Rosję od północy, Japonię i Korę Południową od wschodu, Wietnam i Indie od południa, oraz Indonezję i Malezję w pobliżu, nie jest to „konstelacja sprzyjająca podbojowi”, a wręcz przeciwnie. Dlatego też Amerykanie powinni przestać nerwowo reagować na każdorazowe działania Chin w tym zakresie, natomiast Pekin powinien jasno określić swoje cele (m.in. poprzez rozgraniczenie celów defensywnych i ofensywnych) i pamiętać o konsekwencjach ewentualnego wyścigu zbrojeń.

Również sytuacja wewnętrzna w Chinach nie będzie w najbliższym czasie sprzyjała podbojom militarnym. Po pierwsze przekształceniu ulegnie kształt i funkcjonowanie całego społeczeństwa i wytworzenie do pewnego stopnia nowych wzorów kulturowych. Wynikać to będzie nie tylko z podziału na bogate wschodnie wybrzeże i biedne zachodnie prowincje, ale przede wszystkim z dopiero teraz odczuwalnych skutków prowadzonej do tej pory polityki „jednego dziecka” w rodzinie. Równocześnie zmianie tej towarzyszyć będzie gruntowna przebudowa obecnego aparatu władzy, który z końcem 2012 ulegnie niemal całkowitej wymianie, począwszy od prezydenta, przez najwyższe organy władzy, na urzędnikach niższego szczebla skończywszy. Tym samym, zdaniem Kissingera, „model rządzenia, który się wyłoni, będzie prawdopodobnie syntezą nowoczesnych idei i tradycyjnych chińskich politycznych i kulturowych koncepcji”.

Ze względu na zachodzące w Chinach procesy przemian, amerykańska administracja nie powinna podejmować otwartych działań, których celem byłoby wpłynięcie na ich ostateczny rezultat. W opinii Kissingera byłoby to zarówno niemądre, jak i bezproduktywne. Dyplomatyczne naciski i gospodarcze sankcje zamiast pomóc liberalnemu skrzydłu, zostałyby odczytane przez pryzmat chińskiego nacjonalizmu, tym samym odnosząc odwrotny do zamierzonego skutek. Zatem amerykańska polityka względem Chin nie powinna opierać się na założeniach gry o sumie zerowej, gdzie zamożne i silne Chiny traktowane są jako amerykańska porażka. W zamian Kissinger proponuje aby amerykańska polityka nastawiona była na wzajemną współpracę, opartą jednak na pewnych założeniach.

Ponieważ oba kraje nie miały często do czynienia z państwami o porównywalnej wielkości i pewności siebie, czy też zaawansowaniu gospodarczym i międzynarodowym oddziaływaniu, powinny one brać pod uwagę możliwe obawy drugiej strony i tak dopasować swoją retorykę i politykę, tak aby nie towarzyszyła im ich eskalacja.

Dla Amerykanów największą obawą jest utrata wpływów w regionie Azji i Pacyfiku, z kolei dla Chińczyków jest nią pojawienie się na jej obrzeżach siły, która mogłaby utworzyć militarną strefę wokół Chin, grożąc wkroczeniem na ich terytorium, bądź wtrącaniem się w ich sprawy wewnętrzne. Równocześnie zwłaszcza Amerykanie muszą, zdaniem Kissingera, zrozumieć, że hasło „wzrost potęgi Chin” jest w Pekinie traktowane jako „powrót do normalności”, gdzie, po krótkim okresie upadku, Chiny powracają do swojej dawnej pozycji, która kształtowała ład w Azji przez ostatnie dwa tysiąclecia. Chcąc odgrywać historyczną rolę w regionie Chiny nie traktują swojego rozwoju w kategoriach zagrożenia dla międzynarodowego porządku, ale jako powrót do równowagi w świecie zdominowanym przez Stany Zjednoczone.

W praktyce oznacza to, że obie strony dotychczas starają się na swój własny sposób zapobiegać dążeniom drugiej strony do hegemonii w regionie Azji. Dlatego podstawowe pytania dotyczące tego jak mają wyglądać przyszłe relacje amerykańsko-chińskie powinny odnosić się do tego, czy jest możliwe znalezienie przestrzeni, w której obie strony mogłyby zapomnieć o swoich obawach i realizować własne cele, nie odwołując się przy tym do retoryki militaryzmu? Jaki jest margines pomiędzy konfliktem a abdykacją? Kluczowe decyzje dotyczące przyszłych relacji muszą dać odpowiedź, czy obie strony gotowe są znaleźć wspólne punkty, w których będą mogły współpracować, a jeśli tak, to czy zechcą ponosić koszty i trudy takiej współpracy. W przeciwnym razie grozi kolejna faza międzynarodowej rywalizacji pomiędzy dwoma głównymi mocarstwami. Nie jest ona jednak nieunikniona, zależy bowiem od decyzji obu stron.

Opracował Sebastian Górka

Źródło: http://www.cfr.org/china/future-us-chinese-relations/p27466