Stratfor: USA nie czują się dobrze bez określonego przeciwnika

Email Drukuj PDF

W obliczu narastającego szumu medialnego wokół wycieku informacji z ośrodka analitycznego Stratfor, którego przewodniczącym jest znany politolog i geostrateg George Friedman, publikuje on krótkie podsumowanie na temat obecnej strategii Stanów Zjednoczonych.

Jako podstawę analizy przyjęto założenie, że USA po zimnej wojnie stały się jedyną globalną potęgą, na co nie były przygotowane. Do końca lat 80' całość polityki zagranicznej Waszyngtonu definiowała opozycyjność względem Związku Radzieckiego. Nagła utrata adwersarza dla kraju który od 1917 roku prowadził z małymi przerwami wojny lub trwał w stanie Zimnej Wojny aż do 1991 to musiał być szok, którego skutki widoczne są w aparacie dyplomatycznym do dzisiaj.

Friedman dzieli okres pozimnowojenny na trzy etapy. Pierwszy trwał od 1992 do 2001 roku i był okresem nadziei, że po upadku Sowietów Zimna Wojna zostanie zastąpiona przez dynamiczny rozwój gospodarczy. Brak w nim poważnych interwencji wojskowych, wyłączając zaskakujące akcje w Panamie, Somalii, na Haiti i w Kosowie. Większość polityki zagranicznej George H. W. Busha i Billa Clintona ogniskowała się wokół kwestii ekonomicznych. Amerykanin uważa, że w tym okresie potęga USA była tak obezwładniająca, że interwencje zagraniczne nie musiały wiązać się z dużymi kosztami i ryzykiem.

Sytuacja zmieniła się 11 września 2001 roku. Jest to moment graniczny, po którym według Friedmana rozpoczyna się okres, w którym USA musiały wrócić do strategii opartej na walce z określonym nieprzyjacielem. Atak na ziemi ojczystej będący pierwszą agresją na Stany Zjednoczone po drugiej wojnie światowej wymusił serię wielkich interwencji w Afganistanie i Iraku, z którymi jak to bywa w przypadku tego typu konfliktów, wiązały się wielkie sukcesy ale i spektakularne porażki. Jednakże Friedman uważa, że w owym okresie USA wróciły w utarte koleiny instytucji stworzonych po drugiej wojny światowej i radziły sobie lepiej, niż w warunkach braku określonego przeciwnika.

Ten okres zakończył się w 2007 roku. Nowym otwarciem była zdaniem szefa Stratforu zmiana polityki zagranicznej Waszyngtonu, jaka miała miejsce potem. Celem obecnej polityki jest wycofanie się, a nie dominacja nad regionem Bliskiego Wschodu, przy jednoczesnym utrzymaniu tam przyjaznych reżimów zdolnych samodzielnie stabilizować tamtejszą sytuację. Wyjście z Iraku nie przyniosło zdaniem Friedmana oczekiwanych skutków i podobnie ma być z wyjściem z Afganistanu.

Zdaniem Amerykanina największym problemem polityki zagranicznej Baracka Obamy nie jest paradoksalnie zarządzanie konfliktami, w których jego państwo bierze udział, a oswojenie amerykańskiego aparatu dyplomatycznego z warunkami podobnymi do tych z pierwszego okresu określonego przez Friedmana. Stany muszą przyzwyczaić się do warunków, w których nie mają przeciwnika, który podporządkowywałby działania ich dyplomacji logice wojennej.

Autor tekstu uważa, że porażka resetu świadczy o tym, że Waszyngtonowi nie udaje się to jeszcze w stopniu wystarczającym. Obama próbował zmienić warunki gry cofając świat do realiów pierwszego okresu (1992-2001). Jednakże, zdaniem Friedmana, poległ w tych staraniach ponieważ warunki geopolityczne są już zdecydowanie inne. Projekt Unii Europejskiej upada, Chiny stają się coraz ważniejsze geopolitycznie.

Zmieniła się Rosja i Bliski Wschód.

Obama nie poddaje się jednak i przyjmuje strategię limitowania interwencji. Widać to w Europie, z której wycofuje żołnierzy i w relacjach USA z Rosją, w których amerykański prezydent przyjmuje postawę pasywną i akceptującą. Podobnie w relacjach z Państwem Środka.

Friedman sugeruje, że polityka Obamy nie musi być próbą automatycznego nałożenia kalki systemu z lat 90' na obecne realia. Być może amerykański przywódca próbuje stworzyć coś nowego. Czeka on na rozwój sytuacji i pozwala systemowi ewoluować samodzielnie.

Zagrożeniem pozostają rosnące Chiny, któremu USA, zdaniem Friedmana muszą przeciwstawić siłę własnej floty, powracający sojusz Moskwa-Berlin, przeciwko któremu muszą wspierać Polskę. W celu hamowania Rosji muszą wspierać byłe republiki radzieckie. By powstrzymać Iran muszą analogicznie wspierać lokalne siły, takie jak Turcja, by jej żołnierze załatwili tę sprawę wyręczając tym samym Marines.

Szef Stratforu uważa, że polityka Obamy jest ambitna i możliwa do zrealizowania. Musi się on jednak liczyć z oporem materii w Departamencie Obrony przyzwyczajonym do mentalności wojennej. Zagrożeniem, zdaniem Amerykanina, będą niespodziewane zwroty akcji, na które pasywna i akceptująca polityka zagraniczna USA w obecnym wydaniu nie będzie w stanie znaleźć odpowiedniej odpowiedzi. Dlatego też, według niego, Stany Zjednoczone znajdują się w okresie przejściowym, który prędzej czy później musi się skończyć.

Opracował: Wojciech Jakóbik

Źródło: http://www.stratfor.com/weekly/state-world-explaining-us-strategy