Heritage Foundation: USA zaniedbują arsenał jądrowy

Email Drukuj PDF

 

Ustami Bakera Springa think tank Heritage Foundation namawia administrację Obamy do utrzymania i powiększenia arsenału atomowego USA. Jego zdaniem podpisanie nowego Startu i reset w relacjach z Moskwą nie może doprowadzić do atrofii amerykańskiej zdolności do projekcji siły.

Spring twierdzi, że Stany muszą zwiększyć wydatki na rozwój ilościowy i jakościowy broni atomowej. Jego zdaniem USA zaniedbały tę dziedzinę po Zimnej Wojnie.

Amerykański arsenał jądrowy można podzielić na trzy składowe części tak zwanej ,,triady'' broni atomowych – międzykontynentalne pociski balistyczne (ICBM), pociski odpalane z łodzi podwodnych (SLBM) oraz te montowane w bombowcach strategicznych. Dzięki nim nad Ameryką Północną i Europą na pięćdziesiąt lat rozpostarto parasol atomowy gwarantujący pokój – abstrahując od tego czy był to bardziej gorący pokój czy raczej zimna wojna.

Po sformułowaniu zasady Mutual Assured Destruction stanowiącej, że niezależnie od tego, czy zaatakują pierwsze Stany, czy Związek Sowiecki, wzajemne totalne zniszczenie będzie pewne, dążące do wyrównania względem siebie arsenały stabilizowały napiętą sytuację międzynarodową i wraz z postępującym wzrostem ilości głowic w ramach wyścigu zbrojeń, paradoksalnie odwlekały ad calendaes grecaes widmo wojny atomowej.

Baker Spring zauważa, że podczas Zimnej Wojny Stany Zjednoczone modernizowały swój arsenał średnio raz na 10 do 15 lat. Amerykańska zbrojeniówka była w stanie spełniać zapotrzebowanie strategiczne w przeciągu kilku lat od jego zgłoszenia. Obecnie najmłodsza technologicznie broń atomowa to bombowce B-2, które opuściły taśmę produkcyjną po raz pierwszy 14 lat temu. Od tego czasu nie powstała (albo nie została ujawniona) żadna nowa militarna technologia atomowa, co niepokoi eksperta Heritage Foundation.

Wskazuje on na cięcia budżetowe, które doprowadziły już do kilku groźnych incydentów atomowych, kiedy to zawiodła starzejąca się technologia. W 2009 bombowiec B-52 przeleciał nad terytorium USA ze źle podczepionymi bombami atomowymi, które cudem nie spadły na ziemię. W 2010 roku U.S. Air Force straciła kontakt ze szwadronem 50 termojądrowych głowic interkontynentalnych typu Minuteman III, które stanowiły jedną dziewiątą amerykańskiego arsenału naziemnego.

Barack Obama obiecał krytykom nowego START-u, że w rekompensacie za redukcje arsenału, przekieruje on większe środki na przedsięwzięcia atomowe. Narodowa Agencja Bezpieczeństwa Atomowego (NNSA) miała otrzymać z budżetu na 2012 rok 600 milionów dolarów, a kolejne 4,1 miliarda miało być przeznaczone w przeciągu następnych pięciu lat na modernizację istniejącej broni.

Spring uważa, że plan modernizacyjny Obamy jest niedopracowany i niewystarczający w skali długofalowej. Jest tak, ponieważ zdaniem naukowca, nie ma w nim jasnej deklaracji o woli modernizacji arsenału jądrowego. Założenia planu wskazują konserwację istniejących zasobów jądrowych jako główny kierunek. Springowi brakuje zapowiedzi rozwoju nowych technologii i powiększania arsenału. Los planu wciąż zależy od głosowania w parlamencie, co również dyskredytuje zapowiedzi Obamy.

Od czasów Zimnej Wojny zmienił się atomowy krajobraz na świecie. W posiadaniu broni atomowej jest 30 krajów, wiele kolejnych, w tym Iran i Korea Północna próbują zdobyć do niej dostęp. Stany Zjednoczone muszą wystosować adekwatną odpowiedź na nowe wyzwania strategiczne w tym zakresie. Spring jest pewien, że bez inwestycji jakościowej i ilościowej w arsenał jądrowy nie będzie to możliwe. Ponadto, niezależnie od obecnej sytuacji geopolitycznej fundamentem strategii USA powinna być, zdaniem Springa, obrona USA i ich sojuszników. Jedynie wielki arsenał atomowy gwarantuje siłę odstraszania, która zapewni bezpieczeństwo w ramach tak rozległej struktury aliansów i zależności.

Zdaniem eksperta HF administracja USA musi zauważyć, że pozostałe potęgi atomowe nie zasypują gruszek w popiele i z powodzeniem rozwijają swoje arsenały i technologie. Jedynie Stany Zjednoczone zrezygnowały w ostatnich latach z modernizacji. Ważnym polem tej rywalizacji jest rozwój obrony przeciwrakietowej, która jest stale odwlekana w czasie przez prezydenta Obamę. Chodzi również o nowe technologię neutralizacji nuklearnego zagrożenia z kosmosu, morza i ziemi.

Globalny wyścig nuklearny trwa. Każdy kto nie postępuje w jego ramach naprzód – cofa się. Nawet największa potęga militarna świata może skruszeć wraz z upływem czasu i spadkiem uwagi poświęcanej jej fundamentom. Jako lider światowej rywalizacji Stany Zjednoczone muszą szczególnie często odwracać się za plecy, by kontrolować dystans dzielący je od pozostałych uczestników peletonu. Im większy on będzie, tym bezpieczniej dla USA, Europy, a co za tym idzie pokoju międzynarodowego.